długość trasy
0
km
T
ym razem wyprawa rozpoczęła się kilka dni wcześniej od gorączkowych (nawet bardzo gorączkowych) przygotowań. Skala była inna, więc nie wystarczało wrzucić do kufra trochę ubrań. Zwłaszcza, że od wyjazdu do Wrocławia kufra właściwe nie było (tzn. był, ale się trzymał na trytytkę i słowo honoru). Trzeba go było dopiero kupić. Długie peregrynacje Krzysia po internecie zaowocowały wyborem tego właściwego. Pozostało go tylko jak najszybciej zamówić, bo czasu już prawie nie było. I tu weszłam ją — cała na biało i zaczęłam namawiać na wybór najtańszej oferty. Niestety nie posłuchaliśmy intuicji Krzysia, mój pomysł został zrealizowany i na dwa dni przed wyjazdem zostaliśmy bez kufra, bo sprzedawca okazał się jakimś strasznym krętaczem. Nie pozostało nic innego niż się poddać. Chyba że, tak jak Krzyś, ma się cały zestaw narzędzi, śrubek, nakrętek, podkładek, kluczy trzynastek, dziesiątek i wszystkich innych oraz też kluczy, ale o nazwie, której nie pamiętam (choć umiem je podawać), a do tego Obi w zasięgu motoru. I Krzyś to wszystko miał i nie zawahał się użyć. W ten sposób stworzyliśmy autorską wersję supertrwałego mocowania kufra do podstawy, a potem także misterną konstrukcję stelaża, do przytraczania wszystkich dużych rzeczy, plus oczywiście taśmy naprawczej, jako swoistej kropki nad „i” (bo to zabawnie wygląda). Piszę „my”, bo rola trzymającego nakrętki i podawacza kluczy przecież też jest kluczowa😉. A w międzyczasie było gorączkowe poszukiwanie materacy, a może raczej karimaty, i jeszcze tajemniczo zaginionego Decathlonu, i znowu materacy i jeśli to jakich, a może jednak karimaty. Skończyło się na karimacie. Jeszcze próbne rozłożenie namiotu na Paprocanach, żeby zobaczyć czy daje radę. Dawał.
Rano w dniu wyjazdu rozłożyliśmy się ze wszystkimi rzeczami na trawniku, który zaczął już chyba funkcjonować nie tylko w naszej, ale i w sąsiadów świadomości jako miejsce w naturalny sposób należące do motoru, z własnym drzewem i własnym hakiem (na tymże drzewie) do wieszania ubrań. Takie miejsce, do którego podchodzą wszystkie osiedlowe psy, żeby obwąchać i pomerdać ogonem oraz mili sąsiedzi, żeby wypytać i pogadać.
Popakowaliśmy więc rzeczy, przymocowaliśmy wszystko (łącznie oczywiście z taśmą naprawczą) i wyruszyliśmy. Mniej więcej o tej porze, o której planowaliśmy być na miejscu, ale nie o godziny nam chodziło tylko o radość.
Pogoda na podróżowanie była idealna, bo to był chyba najbardziej upalny dzień tego lata. Na autostradzie pojawiały się informacje o temperaturze powyżej 30°C „na górze” i chyba około 40°C przy asfalcie. I to są wymarzone warunki do jazdy na motorze, bo jest niewiarygodnie cudownie ciepło, a jednocześnie jadąc tworzymy wiatr, który eliminuje nieprzyjemne odczucia wynikające z przegrzania. Zanim zaczęłam jeździć na motorze, nie miałam pojęcia, że jest on najlepszym sposobem na upały, bo za gorąco jest tylko wtedy, gdy się stoi na skrzyżowaniu. Jechaliśmy więc w termicznym komforcie i dopiero zatrzymując się gdzieś przed Opolem na odpoczynek, zauważyliśmy majaczące na horyzoncie niebezpieczeństwo odwodnienia — nie było nic do picia! Ale to przecież żaden problem — zaraz zjeżdżamy z autostrady, wszędzie będą sklepy, stacje benzynowe i inne miejsca z płynami. A jednak to był problem! Ogromny! Okazało się, że na Dolnym Śląsku ludzie nie mają tak prozaicznych potrzeb jak jedzenie i picie. Przez długie kilometry jechaliśmy na przemian polami „malowanymi zbożem rozmaitem” i jakimś
pustkowiem, gdzie przy drodze były same warsztaty samochodowe lub punkty sprzedaży materiałów budowlanych, za to nie było siedzib ludzkich i ani jednego sklepu spożywczego, czy czegoś podobnego. Naprawdę do głowy przychodziły myśli, że te okolice zamieszkuje jakaś wyższa forma gatunku ludzkiego, odżywiająca się w inny sposób, a może nawet już nie ludzkiego…? Dopiero niedaleko od granicy z Czechami… Jest! Sklep! Jest picie! Są lody!🍦🧃🥤
Potem już jadąc spokojnie, mogliśmy podziwiać zbliżające się do nas, zielone w pięknie niebieski sposób, szczyty Sudetów. Nie porażają wysokością, ale wabią spokojem i tajemniczością. Mnie ten widok skojarzył się z Appalachami. A piękno dopiero się zaczynało, bo po przekroczeniu granicy i przejechaniu przez urokliwe czeskie miasteczko, wjechaliśmy w przepiękną nie do opisania, zalaną zielenią górską drogę, gdzie za każdym zakrętem krył się kolejny, jeszcze bardziej „zakręcony” zakręt. I tak „zakręceni”, w zachwycie dojechaliśmy aż do do Lądka Zdroju, w sam środek ulicznych zawodów w bieganiu, a może w chodzeniu, bo wszyscy zawodnicy ledwo chodzili ze zmęczenia. I stamtąd już bardzo szybko do położonej nad Zalewem Starej Morawy — celu, a tak naprawdę pretekstu naszej podróży.
To był drugi dzień Sounds Off Veritas Festival, „wydarzenia w duchu ekologii, poszanowania natury i siebie nawzajem”. I była ekologia i poszanowanie (które zawsze woziliśmy ze sobą), choć festiwalu nie było za wiele, bo nad wodą najwięcej odpoczywało zwykłych plażowiczów. Z zapowiadanych warsztatów i prelekcji (z których większość wydawała się nie odbywać) interesowały nas tylko warsztaty z bębnienia, na które świadomie spóźniliśmy się jeszcze w Tychach. Ale rozbrzmiewała muzyka ze sceny tuż przy Zalewie. I to było niezwykłe doświadczenie — kąpiel w wodzie, która zdawała się przynosić łagodne dźwięki. Przejmujące pomieszanie wody z muzyką. Do tego góry, wszędzie dookoła.
Załapaliśmy się jeszcze na końcówkę warsztatu, gdzie bardzo sympatyczni ludzie zapraszali do wspólnego śpiewania. Taka prosta w przekazie muzyka, ale bardzo prawdziwa i generująca dużo dobrej energii.
Na polu namiotowym wypatrzyliśmy najlepsze miejsce, tuż nad wodą, przy pomoście, przez Krzysia nazywanym fachowo keją. Więc ta keja z powyłamywanymi deskami to wyjątkowe miejsce, gdzie o świcie wygrzewały się kaczuszki, które potem przez cały dzień podpływały bliziutko po bułkę, czasem biorąc ją prosto z naszych rąk i z wdzięczności pokazywały nam swój świat. Na kei także zaprzyjaźniliśmy się z pewnym legwanem, przybyłym wraz z rodziną do Starej Morawy na wypoczynek. Bardzo towarzyski koleś, o niezwykle miłej w dotyku skórze.
O dziewiątej wieczorem miał być koncert Hang Massive (duetu grającego na handpanach), na który de facto przyjechaliśmy. Zaczął się z opóźnieniem, ale przecież nigdzie się nie spieszyliśmy i zalał nas falą głośnych dźwięków. Było bardzo tanecznie i zdecydowanie w klimacie techno. Spodziewaliśmy się raczej nastrojowej, „ekologicznej” muzyki, jaką znaliśmy z YouTube-a, więc trochę czasu zajęło nam przestawienie się. Było fajnie, choć szkoda, że chłopaki nie wgrali się w przepiękną naturę, której pełno było dookoła.
A późną nocą, ryzykując życie na kei z powyłamywanymi deskami, leżeliśmy na środku czarnej wody pod czarnym niebem. I w tym zawieszeniu w czarnej próżni nie było nic poza milionami gwiazd tak nieprawdopodobnie jasnych i dźwiękami relaksacyjnej muzyki płynącej ze sceny. Krzyś pięknie opowiadał o gwiazdach, ale nie mieliśmy pewności, czy patrząc na to samo niebo, widzimy to samo…
Następnego dnia od piątej rano oglądaliśmy fantastyczny pokaz budzących się do życia gór i wody. I znowu kaczuszki na kei i w wodzie; pasikonik, który nas polubił; Zalew; motor, strażak i połamany kask…
Wyjechać trzeba było dość wcześnie, żeby uciec przed popołudniowym załamaniem pogody. Znowu jechaliśmy przez piękne Czechy, ale nie widziałam za wiele, bo pamiętam tylko jak się budziłam za każdym razem, gdy czułam, że tracę równowagę — taki specyficzny „motocyklowy” rodzaj snu😉. Zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby wpaść do czeskiego sklepu, gdzie Krzyś „rozmawiał” z wietnamską (chyba) sprzedawczynią przy użyciu słów polskich i trochę czeskich, a ona prawdopodobnie używała czeskich (tak wynikało z jej mimiki), wypowiadanych zdecydowanie po wietnamsku (chyba). A ja i wietnamskie dziecko przysłuchiwaliśmy się. Nikt niczego nie zrozumiał, ale się dogadaliśmy😃
Dojechaliśmy wreszcie do miejsca, które było dla mnie niespodzianką. Zamek w Mosznej — wszyscy już albo byli, albo słyszeli, a ja nie pamiętam, żebym o nim wiedziała. Zabawne doświadczenie, podchodzisz i najpierw widzisz dziwaczną budowlę, jakby wyjętą z gry komputerowej albo kreskówki i od razu wiadomo, że to jakiś park rozrywki. Ale nie, ktoś na serio uznał, że prawdziwy zamek należy pokryć cegłami przypominającymi „ładny plastik”. A potem od frontu pomieszanie architektonicznych stylów, połączenie wszystkiego z wszystkim, jakby ktoś przywoził z każdej podróży wspomnienie jakiejś perełki architektury i natychmiast ją kopiował. Trzeba przyznać, że budowniczy ostatecznej wersji zamku nie miał żadnych zahamowań i nic go nie ograniczało. Nie wiadomo tylko, czy był to świadomy zamysł dokonania przewrotu w architekturze, czy też wpadka kogoś kto chciał zbudować „ładnie”. Może romantyczna historia dziadków właściciela — małżeństwo górnika z wdową po właścicielu kopalni coś wyjaśnia.
Przed zamkiem jest okazała fontanna, która nieoczekiwanie zaczęła „tańczyć” do płynącej z głośników muzyki. A dalej naprawdę piękny stary park z mnóstwem ptaków. Spacer po nim był prawdziwą przyjemnością, choć okupioną fizycznym zmęczeniem.
Potem już powrót do domu,
po drodze walka ze zmęczeniem i u celu, późną nocą, rozmontowanie całej misternej bagażowej konstrukcji — tym razem zaskakująco sprawnie, bo przecież trening czyni mistrza.
[pgc_simply_gallery id=”2105″]https://youtu.be/uDJXv_v_w3Y

Dodaj komentarz