długość trasy
0
km
N
asz pierwszy wyjazd. Pretekstem było dotarcie do wzgórza Klimont z kościółkiem św. Klemensa i spojrzenie stamtąd na góry. Atrakcji było więcej, ale wartością samą w sobie był przejazd przez te wszystkie drobne miasteczka, dzielnice i wioski – tak odmienne charakterem od zurbanizowanych Tychów. Po wąskiej asfaltówce biegały wiejskie burki i kurki. Przy drodze gniazda bocianów z ich mieszkańcami. Jechaliśmy bardzo wolno, żeby nie umknęły nam szczegóły budujące atmosferę nieśpiesznie toczącego się tutaj życia.
Pierwszym checkpointem tripa była Łysina. Z inicjatywy Ewy zostawiliśmy motor przy brzegu i obeszliśmy ją dookoła. Fajny spacer. Choć to małe jeziorko, to można było dostrzec, że jego brzegi mają oddzielne „sekcje”. Inny brzeg ma dzika plaża, gdzie dojechaliśmy motorem, jeszcze inny jest od południa – bardziej dziki, zarośnięty, będący domem dla żab, ryb i innych wodnolubnych stworzeń. Potem plaża oficjalna, z kąpieliskiem i bufetem. Następnie odcinek o stromym brzegu, porośniętym gdzieniegdzie przez malowniczo powyginane karłowate sosenki. Gdy już domknęliśmy pętlę spaceru wokół jeziorka ruszyliśmy dalej motorem w stronę Klimontu.
Dojazd do kościółka okazał się problematyczny, bo kompletnie rozkopano ul. Wygody w Lędzinach. Próbowaliśmy dotrzeć przez pola, ale zatrzymało nas grzęzawisko i trzeba było zawrócić. W końcu objechaliśmy górkę dookoła i po chwili patrzyliśmy na zamykające od południa horyzont pasmo Beskidu Żywieckiego. Wtedy dojrzewał już pomysł na kolejny wyjazd. Ale wróćmy do teraźniejszości.
Z Klimontu skierowaliśmy się dalej w kierunku Imielina i po kilkunastu minutach staliśmy nad brzegiem zbiornika Dziećkowickiego. To już jest spory akwen, pełen zdatnej do picia czystej wody. Siedzieliśmy trochę na brzegu obserwując zabawy ryb i kaczek. A może to wcale nie były zabawy, tylko walka o przetrwanie? Kto wie co dzieje się w tajemniczym świecie pod lustrem wody. Tam nad brzegiem dopadły nas pierwsze nieśmiałe krople deszczu i bardziej śmiałe odgłosy gromów. Trzeba było wracać. Na drogę powrotną wybraliśmy ekspresówkę S1 tak odmienną od winkli, po których jechaliśmy dotychczas. Całe szczęście, bo 2-3 kilometry od domu wpadliśmy w obszar gwałtownej burzy. To był prawdziwy chrzest bojowy. Po chwili byliśmy przemoczeni do suchej nitki ale parliśmy śmiało przed siebie. Tradycji stało się zadość, bo przecież był to „lany poniedziałek”. Mokrzy ale szczęśliwi zakończyliśmy naszą pierwszą przygodę.[FinalTilesGallery id=’1′]
Ale to nie był pierwszy wyjazd. Na początku był przepiękny, skamieniały z zimna las, całkowicie wypełniony ciszą i majestatem, którego nie ośmieliły się mącić żadne radosne słoneczne promyki. Las nie wiadomo gdzie, nie do końca wiadomo czy na tym świecie, tak bardzo przepełniony obecnością Boga. Tak jakby ktoś zebrał w jednym miejscu Jego ślady ze wszystkich kościołów świata. Las – Kościół z drogą do ołtarza, którym było Niebo.
(6.04)
W trakcie spaceru wokół Łysiny zrobiliśmy dobry uczynek, głośno przestrzegając nieostrożne ryby przed Człowiekiem o Złych Zamiarach (zwanym wędkarzem), co później stało się dobrą tradycją, którą zamierzamy kontynuować.😃
Gdy już się zorientujesz, że zapuściłeś się za daleko w niebezpiecznie podmokły i wyboisty teren, to musisz jeszcze z niego wrócić (motor nie poleci). Mogło być różnie😱, ale Krzyś przejechał tę off-roadową trasę jakby robił to codziennie.