długość trasy
0
km
N
ie mam pojęcia jakimi drogami jechaliśmy, ale w większości na pewno ładnymi, często pięknymi, im dalej, tym bardziej bogatymi w podjazdy i zjazdy, czasami krętymi tunelami utkanymi z zieleni przeplatanej słońcem.
Od naszych ostatnich wyjazdów bardzo zmienił się wystrój świata. Żółte dywany rzepaku zostały zwinięte i razem z wielkimi bukietami fioletowych bzów, schowane do głębokich szaf Wielkiego Architekta Krajobrazu na przyszły rok. Teraz nastał czas maków… Ta aranżacja jest bardziej subtelna, minimalistyczna i czysta. Dlatego dopiero po dłuższej chwili, dzięki nienachalnym, ale konsekwentnym powtórzeniom, zauważa się podstawowy motyw — delikatne maki, ułożone w nieduże bukiety rozrzucone na zielonym tle. Okazało się jednak, że zmiana dekoracji w Jurze dokonuje się wolniej niż u nas — tam wciąż jeszcze pachnie bez, a rzepakowe dywany czekają na zwinięcie.
Przejeżdżając przez Trzebinię nie można się było nie odnieść do kwestii tamtejszych zapadlisk. Od miejscowej ludności dowiedzieliśmy się gdzie należy ich szukać i że niespecjalnie się nimi przejmują. Więc my też się nimi nie przejęliśmy i pojechaliśmy dalej.
Pierwszy przystanek był nie całkiem zaplanowany i wiązał się z koniecznością wyciągnięcia z oka martwego owada. Jak już się zatrzymaliśmy, to przeszliśmy się po lesie, a tam niespodzianka… Najpierw przy ścieżce, kwitnące poziomki, wystarczająco dużo żeby się zainteresować, a potem krzaczki jagód…, więcej krzaczków… i jeszcze więcej — całe dywany krzaczków. Co za miejsce! Trzeba je zapamiętać i w odpowiednim czasie przyjechać tu z wiadrami. Tymczasem zostawiliśmy to bogactwo pod opieką długich i cieniutkich jak zapałki sosenek, które wspierając się na ramionach swoich sióstr, delikatnie się kołyszą żeby dostarczać jagódkom świeżego powietrza.
Oblepieni pajęczyną i jakimś dziwnym pyłem niewiadomego pochodzenia, pojechaliśmy do Rabsztyna. A tam zameczek — mały, ale bardzo przytulny, taki większy średniowieczny domek jednorodzinny dla ówczesnych nuworyszy, z mocno rozbudowaną funkcją obronną. Ruiny zamku zostały ładnie wyremontowane, a następnie oszpecone przez eklektyczne zapędy jakichś decydentów, którzy pomyśleli, że surowa kanciastość przeszklonego pawilonu z pamiątkami, na samym środku oraz aluminiowych schodów i podestów wszędzie, nada im… Kto ich tam wie, co oni chcieli nadać… I przy okazji zmusili mnie do zmierzenia się z moim lękiem przed ażurowymi schodami 😉
Jednak nie z powodu zamku chyba na zawsze zapamiętam Rabsztyn. Zafundowaliśmy tu sobie swoją własną atrakcję, upadając wraz z motorem. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie i w tym miejscu chciałabym zapewnić pracowników punktu rozdzielania wypadków losowych, że już wiem, że dużo zrozumiałam, więc na pewno nie potrzebuję powtórek (pls🙏🏻🙈).
Jak już podnieśliśmy siebie i motor z ziemi zalanej wyciekającą benzyną/olejem, to pojechaliśmy tam, gdzie można wejść pod ziemię, czyli do Jaskini Zegarowej w Smoleniu. I tu też dla mnie całkiem nowe doświadczenie — od wejścia ciemność i śliskość, ale jakoś tak ekstremalnie — zderzenie z samą istotą ciemnej lepkiej śliskości. I nagle świat traci swoją radosną, przyjazną twarz i pojawia się pytanie, dlaczego mam wchodzić w tę wąską, mokrą szczelinę? Po co iść tym ciasnym, śliskim korytarzykiem w niepokojące czarne gdzieś? I do tego w motocyklowym kasku! Ale po raz kolejny bezpieczna obecność Krzysia pozwoliła mi podążyć za ciekawością. I na szczęście, bo w środku przepięknie uformowane wapienie, gdzieniegdzie oblane lśniącą mleczną polewą, miejscami mocno przybrudzone (mieliśmy pomysł, żeby je wyczyścić). W komorze otwierającej się za korytarzykiem, na ścianach i suficie fantastyczne płaskorzeźby zwierząt i innych baśniowych stworzeń. A po wyłączeniu czołówek ciemność najciemniejsza ze wszystkich… Cudowne przeżycie.
Potem jeszcze Jaskinia Jasna, która trochę nie jest jaskinią, ale też ma swój urok i imponującą historię. I kręcenie się pomiędzy tymi wszystkimi skałami i jaskiniami, które było przyjemnością samą w sobie.
Później na chwilkę zatrzymaliśmy się w Ogrodzieńcu, żeby zweryfikować nasze wspomnienia zamku. Widziany dzisiaj, zamek okazał się czymś pomiędzy „monumentalną budowlą, która powala”, jak twierdził Krzyś, a „kupą porozrzucanych kamieni”, który to obraz majaczył w moich wspomnieniach z dzieciństwa. Tak naprawdę zamek w Ogrodzieńcu okazał się być mało znaczącym dodatkiem do prężnie działającej branży pamiątkarsko-rozrywkowej. Bo ten ekosystem działa tak, że zabytek jak magnes przyciąga nauczycieli, którzy, jakby przez roztargnienie, ciągną za sobą roje dzieci, za którymi ciągną, niczym pasożyty za żywicielem, właściciele kiosków z pamiątkami i wszelkich parków rozrywki. Tym razem na dzieci czekały gęsi. Całe ich pęki! Pluszowe ptaki ułożone w stosy leżały z rozłożonymi skrzydłami, nie wiadomo czy bardziej martwe, czy w locie. Pojedyncze pokemony, oldskulowe wachlarze i kubki nie miały z nimi żadnych szans. Zastanawialiśmy się według jakiego klucza wybrano ten gatunek. Bo jak gęsi a sprawa polska? Może ostrzegły przed wrogiem u bram zamku? Aaa nie, to w Rzymie… A może, że Polacy nie gęsi…? Krzyś chyba rozwiązał zagadkę podejrzewając, że do naszych brzegów dopłynął statek z Chin z tym właśnie ptactwem. My jednak wybraliśmy inną pamiątkę z wyjazdu — znaleziony przy jaskini zestaw: kawałek wapiennej skały + mech.
Na zachód słońca chcieliśmy zdążyć na Pustynię Błędowską. Po drodze goniliśmy więc z całych sił wielką czerwoną kulę, która coraz szybciej zapadała się w ziemię. I słońce wygrało! Gdy dojechaliśmy już go nie było. Zostały tylko piasek i księżyc. I dobrze, bo słońce zachłannie zagarnia całą naszą uwagę. Dlaczego nie zastanawiamy się tak obsesyjnie każdego dnia, czy będzie księżyc, czy nie? Więc, gdy słońce zrobiło miejsce księżycowi, zobaczyliśmy go w całkiem innym świetle. I to było światło tak porażające, że nie ma słów, które mogłyby wyrazić to doświadczenie…
Plany były tym razem wyjątkowo ambitne, ale jak zwykle wkroczyła rzeczywistość i je zweryfikowała — czas szybko zaczął się kurczyć i przynajmniej jedno miejsce zostało na kiedy indziej.
[pgc_simply_gallery id=”1240″]

Dodaj komentarz

Ten post ma jeden komentarz

  1. Jura to najciekawszy rejon będący w bezpośredniej bliskości domu. Szczególne miejsce w moim sercu zajmują jaskinie, bo już w okresie studenckim zwiedzałem je intensywnie, a nawet posiadałem sprzęt pozwalający na eksplorację jaskiń o rozwinięciu pionowym. Dzisiaj ani nie posiadam sprzętu, ani wystarczającej sprawności by to powtórzyć. Ale magia jaskiń wciąż do mnie przemawia i przyciąga swoją tajemniczością. Tym bardziej jestem zachwycony, że Ewa na tyle mi zaufała,że zdecydowała się przekroczyć granicę pomiędzy ciepłym i przytulnym światem powierzchni, a zimnym i wilgotnym mrokiem głębi jaskini. Tam na dnie człowiek odcina się kompletnie od rzeczywistości. Trochę jak na dobrym filmie w kinie.

    Ubolewam nad tym, że nie utrzymałem motorka przy wyjeździe na główną drogę pod zamkiem w Rabsztynie. Chwila zawahania, czy na pewno nic nie nadjeżdża i ukształtowanie dojazdu do drogi spowodowało, że zamiast stanąć na nogach pomajtałem tylko nimi w powietrzu i gleba była nieunikniona. Wyobrażam sobie, że z pozycji pasażera taka sytuacja jest jeszcze bardziej przerażająca, bo jest się w 100% zależnym od prowadzącego. Przepraszam Ewo – nie trać nadziei, że to był pierwszy i ostatni raz.

    Zamki też są ciekawe, ale w inny sposób niż jaskinie. Jaskinie to świadectwo kreatywności Demiurga. Zamki to świadectwo życia ludzi w zamierzchłych czasach – tak odmiennych od teraźniejszości. Pamiętam jeszcze moją pierwszą wizytę na zamku w Rabsztynie, gdy przypominał raczej kupę gruzu i zwiedzanie go wiązało się z niebezpieczeństwem wpadnięcia w jakąś dziurę. Teraz to co innego i jestem nawet w stanie przełknąć te nowoczesne i niestylowe przystawki, które ewidentnie służą temu, aby obecny opiekun zamku mógł liczyć na zwrot kosztów poniesionych przy jego odbudowie.

    Ale najważniejsze w całej podróży było to, że mogłem dzielić swoje doświadczenia z Ewą, a Ona ze mną. Obiekty materialne były pretekstem do rozważań metafizycznych. Pewnie wszystko może być takim pretekstem, ale to co spotykaliśmy na drodze naszego tripa nadawało się do tego idealnie. Na zdjęciach utrwaliły się tylko obiekty fizyczne. Oglądane teraz po paru dniach wciąż przypominają o naszych rozmowach i przeżyciach, które towarzyszyły nam podczas zwiedzania okolicy. Nie wiem czy i kto będzie te słowa czytał poza mną i Ewą, ale wiedz czytelniku, że utrwalone na stronie obrazy i słowa to tylko wycinek znacznie bogatszych przeżyć, których doświadczaliśmy.