
Ewa
Bo Krzyś mnie zaraził.

Krzysztof
Tu są dwie kwestie.
Pierwsza to jeżdżenie motocyklem samo w sobie. To jest tak, jakby wszystkie wymiary przestrzenne uległy skróceniu. „Z buta” to ja mogę iść do parku, albo autobusem pojechać na Paprocany. Zajmie to pół godziny, ale wybór jest ograniczony. Jak wsiadam na motor, to za pół godziny mogę być nad Sołą, Dziećkowicami, w Pszczynie. W przybliżeniu 50 km od domu. To wymiary XY. Jest jeszcze Z i ten też się skraca. I nie, nie! Nie chodzi mi o to, że prędzej dostanę się do nieba (śmiech). Na motorze czuję otaczające powietrze, zapachy wsi albo lasu. Spoglądam co chwilę na chmury, żeby przewidzieć nadchodzące zmiany pogody. Patrzę na gwiazdy, żeby określić kierunek jazdy. Cały otaczający mnie świat dotyka mnie bezpośrednio. Tak więc mam tego świata dla siebie więcej, ale on się nie nadmuchuje jak balonik – co jest typowe dla jazdy samochodem. On się powiększa ale nie rozrzedza. On się powiększa i gęstnieje jednocześnie. Dlatego dostarcza tylu bodźców, tylu wrażeń.
Druga kwestia to jeżdżenie z Ewą. Ona czuje głębiej i to mi się udziela. Nasze rozmowy nigdy nie są „o niczym”. Każdy, nawet pospolity szczegół ma jakieś unikalne cechy i ona je wyłapuje. I znajduje w nich jakiś głębszy sens, który ja pewnie bym pominął. Przez to wrażenia wyniesione z każdej podróży z Ewą owocują we mnie głębszymi przemyśleniami o istocie rzeczy. Budują mnie samego i moje postrzeganie świata.