długość trasy
0
km
P
o wyjeździe do Wrocławia mamy kufer na druta. Od tego czasu rozglądamy się po internetach za nowym, ale nie za bardzo się na tym znamy. Trzeba więc było podpytać doświadczonych motocyklistów. A gdzie można ich prędzej spotkać jak nie w Chudowie – znanej na cały Śląsk miejscówce, gdzie zjeżdżają się „brodaci” z „twoimi”.
Przybyliśmy do motocyklowej Mekki w czwartek około 15-tej, a tu zonk! Na motorze byliśmy tylko my. Czyżby jakiś kataklizm? Postanowiliśmy pokręcić się po okolicy. Jak od czegoś zacząć zwiedzanie to oczywiście od zamku. I całe szczęście, że wiedziałem gdzie on jest, bo Ewa z pewnością by go nie zauważyła, nawet gdyby się potknęła o jego murek. Jeśli dla niej Ogrodzieniec to kupa kamieni, to jak nazwać tę kupę kamieni, którą de facto jest zamek w Chudowie? Honor miejscówki uratowała „Tekla”, czyli wiekowa topola z robiącą wrażenie dziuplą, w której ktoś z polotem urządził całkiem przytulny pokoik.
Minęła godzina i usłyszeliśmy przyjemne mruczenie zadbanego motocykla BMW. Dosiadający go człowiek nie posiadał jednak brody, ani dziar, ani nawet skórzanej kamizelki z trupimi główkami. Taki zwyczajny facet, nie pierwszej już młodości. No nic dziwnego – trzeba trochę przeżyć i popracować, żeby móc sobie pozwolić na taki motor. Po chwili przyjechał kolejny i okazało się, że panowie dobrze się znają. Chwilę posłuchaliśmy opowieści o wakacyjnych podróżach i zaczęliśmy dopytywać się o kwestie kufrowe. Panowie coś tam mieli do powiedzenia, ale w sumie niewiele nam to dało, bo ich zainteresowanie kuframi skupiało się na modelach, których cena przekraczała wartość całego naszego motocykla. Zaproponowałem więc Ewie, że zamiast tu czekać, aż pojawi się więcej ludzi, to może pojedziemy gdzieś niedaleko i wrócimy za 2-3 godziny do Chudowa. Wybór padł na Świerklaniec z jego znanym zespołem pałacowo – parkowym. Pół godziny jazdy autostradą A1 i byliśmy na miejscu.
Na parkingu przed parkiem zobaczyłem grupę dziewczyn i poprosiłem, żeby zrobiły nam zdjęcie moim telefonem. Wreszcie nadarzyła się taka okazja, żebyśmy znaleźli się oboje na zdjęciu i to podczas jazdy. Potem jeszcze solo baba z wiadrem i wkroczyliśmy na ogrody. Ogród jest zaprawdę okazały. Mnóstwo tu drzew dysponujących majestatem godnym cesarskich oczu, które je przed laty oglądały. Niestety – nie polski był to cesarz. Dalej było już tylko ładniej. Misternie rzeźbione fontanny i posągi; alejki, rabatki i w końcu domek letniskowy cesarza – na oko 10 razy większy od całego zamku w Chudowie. Po wschodniej stronie park miał bardziej naturalny charakter, choć roślinność, a szczególnie drzewa nadal były imponujące. Na samym krańcu park graniczy ze sztucznym jeziorem, noszącym tę samą nazwę co park. W tak pięknych okolicznościach przyrody i w ogóle nie wiedzieć kiedy pyknęły kolejne godziny.
Ponieważ zrobiło się już późno postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnego planu powrotu do Chudowa i powrotną trasę wytyczyliśmy przez Chorzów i Katowice. I chociaż to zupełnie inne klimaty, to i jazda przez serce przemysłowo-robotniczego centrum również posiada swój urok. Tak więc mamy za sobą kolejną wycieczkę i chociaż o kufrach wiemy nadal niewiele to można ten dzień zaliczyć zdecydowanie do udanych.[pgc_simply_gallery id=”1972″]https://youtu.be/_JdX-xkrMyc

Dodaj komentarz

Ten post ma jeden komentarz

  1. Tego dnia Bóg pięknie oświetlił park, więc gdziekolwiek poszliśmy, tam było prześlicznie.
    Tutejsze kaczuszki, wszystkie Karolinki (od stanu Karolina w USA), są wyjątkowo gościnne i sympatyczne. Nie tylko noszą to samo imię, żeby ludziom łatwiej było się do nich zwracać, ale też wykazują niezwykłą cierpliwość i tolerancję na nasze dziwactwa – to całe podchodzenie jeszcze bliżej i jeszcze.., trzaskanie dziesiątek zdjęć, wszystkie te niemądre okrzyki „O! idzie!”, „O! płynie!” i naprawdę godne pożałowania „Kwa, kwa”. A one nic… Patrzą na nas z góry, choć z dołu i żyją swoim życiem. I do tego niczego od nas nie chcą, nie widać żadnych oznak żebractwa – uosobienie życzliwości i amerykańskiego luzu. Można je poznać po niesamowitych głęboko granatowych paskach odblaskowych na skrzydłach, które momentami wyglądają jak dziury w kaczym ciele. Być może paski pełnią rolę lusterek, bo kaczuszki większość czasu spędzają na pielęgnowaniu piórek. Równie prawdopodobna jest wersja, że mając postęp w swej amerykańskiej krwi, postawiły na fotowoltaikę.
    Gdy małe kaczuszki wróciły ze szkoły, przestaliśmy im wreszcie przeszkadzać i resztę tutejszej menażerii (bóbr, wydra, szczur wodny, kormoran czarny, karp, lin, sandacz) oglądaliśmy już raczej na obrazkach.
    A w dziedzinie nowych technologii, obok paneli fotowoltaicznych na skrzydłach kaczek, należy także odnotować wymianę kasku na bardziej professional (co z dumą prezentuję na zdjęciu) i osobliwe zjawisko spalenia się grzałki vaporizera pod wpływem puszczenia sprzęgła w motorze.